"Grzechy ojców"doceńksięga


Rozdział 7: Pod znakiem Smoka

poniedziałek, 7.listopada.2011, 20:07

 


Od dwóch godzin nikt nie odważył się nawet zapukać do gabinetu Hermiony Granger. Wieść o jej zażartej kłótni z Kingsleyem Shackleboltem lotem błyskawicy rozniosła się po całym Ministerstwie i żaden z pracowników nie chciał przypadkiem zostać wplątany w konflikt potencjalnie zagrażający ich karierze.


Póki co, Hermiona była zadowolona z takiego stanu rzeczy, gdyż zachowanie status quo, szczególnie w obliczu zaistniałych okoliczności, pozostawało ważniejsze niż jej złość na Shacklebolta. Podzielone Ministerstwo to słabe Ministerstwo, tym bardziej więc wolała nikogo nie oglądać ani z nikim rozmawiać, dopóki trochę się nie uspokoi.
Niestety, wpatrywanie się w zdjęcie na pierwszej stronie Proroka Codziennego zdecydowanie nie pomagało w opanowaniu wściekłości, wręcz przeciwnie, jeszcze ją podsycało. Fotografia zajmowała niemal całą powierzchnię arkusza, ukazując jak nad sidh Bri Leith ukazuje się najpierw Mroczny Znak, a po chwili przylatuje smok z dymu i iskier, pali czaszkę oraz wijącego się w agonii węża, po czym zawisa w powietrzu, rozkładając skrzydła. Pod spodem widniał podpis doprowadzający Hermionę do białej gorączki: „Tajemniczy atak w Irlandii! Co ukrywają władze?”.
Shacklebolt, który uważał, że prawdziwy raport narazi ich na pośmiewisko, o dziwo, teraz nie miał nic do powiedzenia, zaś Hermiona nie chciała się zniżać do małostkowego „a nie mówiłam?”, chociaż miała na to wielką ochotę. Cieszyła się tylko, iż odmówiła podpisania się pod wersją ostatecznie wysłaną Irlandczykom, gdyż teraz nie miał prawa pociągnąć jej do odpowiedzialności za swoje kłamstwa. Niestety, mimo tego, że od początku miała rację (a może właśnie dlatego), Kingsley Shacklebolt całkowicie odsunął ją od tej sprawy, przekazując ją aurorom i stanowczo zakazując Hermionie jakiegokolwiek udziału.
Nie rozumiała, co on sobie wyobrażał?! Przecież nie miała zamiaru biegać po zielonych polach Irlandii razem z ekipą aurorów, którzy zresztą nie bardzo wiedzieli nawet, od czego zacząć. Mogłaby im pomóc, mogłaby poszukać informacji na miejscu, przejrzeć artykuły, doniesienia…
Gwałtownym ruchem odsunęła od siebie gazetę. Zrobi to, na Merlina, zrobi to, choćby miała się kontaktować z Departamentem Aurorów potajemnie! Zaś, jeśli nie zdążą, jeśli wydarzy się tragedia, Hermiona osobiście wręczy Shackleboltowi rezygnację do podpisania. Jego rezygnację.
Z ponurych rozmyślań wyrwało ją ostre pukanie do drzwi. Zanim jednak zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, do środka wszedł Draco Malfoy, niczym tarczą zasłaniając się teczką, którą trzymał w rękach.
- Skończyłaś już warczeć na wszystkich? – spytał, podchodząc powoli w stronę jej idealnie uporządkowanego biurka.
- A co, chcesz ryzykować? – parsknęła, odsuwając na bok Proroka.
- Ładne ujęcie – stwierdził, przekrzywiając głowę, by spojrzeć na zdjęcie. – Mają rozmach, muszę przyznać. I styl. Powinniśmy ich nazwać Zakonem Smoka i podrzucić to prasie, zanim sami wymyślą coś głupiego.
- Przyszedłeś się zachwycać? – odwarknęła Hermiona, na co Draco obrzucił ją tryumfalnym spojrzeniem.
- Nie – odparł spokojnie, siadając na krawędzi biurka, mimo tego, że wiedział, jak bardzo tego nie znosiła. Albo właśnie dlatego. - Przyniosłem ci coś, co może cię zainteresować – Wyjął z teczki plik papierów. Hermiona spojrzała na pierwszą stronę i zmarszczyła brwi, niepewna, jak może jej w tej chwili pomóc artykuł na temat Camlann jako miejsca o podwyższonym potencjale magicznym. Jakkolwiek interesujący by się nie okazał. – Zwinąłem to komuś z Miejsc Magicznych – wytłumaczył.
- A co ty u nich robiłeś? – spytała zdumiona, w międzyczasie kartkując artykuł.
– Jak zapewne wiesz, Irlandczycy chcą odszkodowania za to, że nasi rzekomi Śmierciożercy naruszyli ich dziedzictwo narodowe – odparł tonem wyrażającym skrajne zmęczenie całą sprawą. - Oczywiście teraz już wiadomo, że to nie żadni Śmierciożercy i nawet nie muszą być w całości nasi, ale ponieważ tak twierdzi oficjalny raport, mogę sobie tylko wyobrazić ich uciechę, kiedy wysyłali wniosek. Niestety, usuwanie takiej ilości czarnej magii trochę kosztuje, a jeszcze praca na terenie zabytku… Koszmar. Zarówno więc Departament Ochrony Miejsc Magicznych jak i Biuro Aurorów muszą zatwierdzić kosztorys, który nam przysłali – westchnął ciężko. - Znając życie, i tak wyciągną od nas tyle, że mogliby sobie postawić obok całkiem nowe Newgrange, a tamto rozebrać i zaorać.
Hermiona obrzuciła go spojrzeniem pełnym dezaprobaty, po czym wróciła do przeglądania artykułu. Autor przedstawiał problem miejsc mocy, najwyraźniej starając się używać możliwie największej ilości technicznych terminów, które zdecydowanie powinna nadrobić, lecz podsumowanie zwróciło jej uwagę.

„…charakter miejsca, gdzie odbyła się Cad Camlann wprawdzie diametralnie różni się od irlandzkich sidh, jednak obecna tu starożytna, pochodząca z serca krainy oraz dawnej wiary magia już niekoniecznie. Podczas, gdy sidh pozostają zapieczętowane, energię i zachowania magii na terenie Camlann możemy bez przeszkód badać. Kto wie, może to właśnie te wyniki pozwolą nam się zbliżyć do odkrycia tajemnicy siedzib bogów?”

- Ma całkiem niezłą bibliografię do tematyki sidh. I dość ciekawą konkluzję, nieprawdaż? – odezwał się Draco.
- Imponującą bibliografię – odparła, przeglądając wymienione przez autora pozycje. – Prawie w całości znajdującą się w jednym miejscu – dodała, wzdychając.
- To znaczy?
- W Hogwarcie – Przygryzła niespokojnie wargę. – Szlag. Shacklebolt zabronił mi się tym zajmować. Nie mogę pójść oficjalnie. Nie mogę nawet wziąć ze sobą aurorów.
- Przecież McGonagall cię uwielbia. Wystarczy, jeśli powiesz, że chcesz skorzystać z biblioteki. Na pewno nie będziesz musiała machać jej przed nosem papierkami z Ministerstwa. – Draco wzruszył ramionami. – Zresztą, ponarzekasz na Shacklebolta, to jeszcze poczęstuje cię ciasteczkami. Zawsze uważałem ją za starą feministkę.
Hermiona parsknęła, zgadzając się w duchu. McGonagall zawsze ciepło traktowała nie tylko ją, ale wszystkich swoich absolwentów, w miarę możliwości walcząc z różnorakimi przeciwnościami losu oraz niesprawiedliwościami, jakie ich spotykały. I, cóż, rzeczywiście nie kryła dumy z tego, że jej była uczennica tak daleko zaszła.
- No dobrze, nawet jeśli się zgodzi, to we dwójkę będziemy tam siedzieć godzinami… - stwierdziła, spoglądając na niego znacząco.
Draco jęknął cierpiętniczo, ale ostatecznie nie zaprotestował przeciwko temu, że najwyraźniej automatycznie uwzględniła go w swoich planach.
- Możemy wziąć ze sobą Pottera, jeśli będziesz się z tym lepiej czuła – powiedział po chwili, krzywiąc się lekko. – W końcu wiem, że dobrze wam idzie wspólna walka ze złem i występkiem. Może jeszcze jakiś auror się nieoficjalnie zgodzi.
- Nie, póki co, nie chcę ich w to wciągać. Ty i Harry powinniście wystarczyć. Zaczyniemy w ten weekend – oznajmiła radośnie.
Malfoy westchnął dramatycznie, zamykając oczy.
- Starzy bogowie, miejcie mnie w swojej opiece…

* * *


Rose rozglądała się po komnacie w niemym podziwie. Odruchowo wyciągnęła ręce w górę, jak gdyby chciała dotknąć pulsujących łagodnym blaskiem kryształów wyrastających ze sklepienia, lecz zaraz zreflektowała się, splatając dłonie za plecami. Na jej policzkach pojawił się delikatny rumieniec, a Al z trudem walczył z tym, by się nie uśmiechnąć. Jeszcze nigdy nie widział kuzynki czymś do tego stopnia zachwyconej. Nawet w Święta. Ani w księgarni.
- No cóż – odchrząknęła, starając się przybrać bardziej opanowany wyraz twarzy. - Założę się, że o tym nie napisali w Krótkiej Historii Hogwartu – powiedziała, podchodząc powoli do uwięzionej w krysztale kobiety. 
- Nie, już sprawdzaliśmy – odparł Score, opierając się o ścianę.
- Zaraz, zaraz! – Albus uniósł dłoń. – Chcesz nam powiedzieć, że nie czytałaś Historii Hogwartu?
- Oczywiście, że nie. Przejrzałam tylko stare notatki mamy. No co? – Zmarszczyła brwi, gdy obaj spoglądali na nią z niedowierzaniem. – Ta książka to strata czasu. Już nawet nie chodzi mi o jej objętość, ale wyraźnie popularnonaukowy charakter. Autor nie pozostawia w ogóle miejsca na dyskusję i rozważania. Dla niego wszystko jest oczywiste – parsknęła z pogardą, po czym zawahała się. – Ale nie mówicie mojej mamie, że to powiedziałam, dobrze?
Pokręcili tylko głowami, zbyt zszokowani, by móc wyartykułować jakikolwiek komentarz. Rose uśmiechnęła się zadowolona, odwracając się z powrotem w stronę tajemniczej kobiety.
- Jest piękna – szepnęła, opuszkami palców gładząc nieskazitelną powierzchnię kryształu. – Jak królowa. Albo bogini. – Znów rozejrzała się po komnacie, a jej wzrok tym razem natychmiast padł na kamienną tablicę.
Bez zastanowienia wyjęła z rękawa pergamin, po czym przyłożyła go do tekstu. Wyciągnęła różdżkę i, dotykając arkusza, wyszeptała kilka słów. Chłopcy obserwowali, jak na czystej kartce pojawiają się litery z tablicy.
- Hm, ciekawe. Spodziewałam się czego innego – mruknęła Rose, przyglądając się krytycznie literom. – No dobrze, przetłumaczę to.
- N… naprawdę? – wykrztusił Al, wytrzeszczając oczy.
- Uhm. – Kiwnęła głową, wciąż wpatrując się w tekst. – Lubię wymarłe języki – dodała, wzruszając ramionami.
Chłopcy spojrzeli na siebie z niedowierzaniem, ale zaraz cofnęli się, widząc spoczywający na nich agresywny wzrok Rose.
- Coś wam się nie podoba w moim hobby? – spytała jadowitym tonem.
- Nie, wszystko w porządku – zapewnił Al, podczas gdy Score przytakiwał panicznie. – Tylko, wiesz, wolelibyśmy, póki co nie zwracać na siebie… i na nią – wskazał kobietę w krysztale – specjalnej uwagi. Czy w twoim Domu nie będą niczego podejrzewać, kiedy zaczniesz się zajmować czymś takim?
Rose przewróciła oczyma, pospiesznie zwijając pergamin.
- To Ravenclaw – odparła, jakby to miało tłumaczyć wszystko, po czym westchnęła, widząc, że najwyraźniej czekają na ciąg dalszy. - Większość uczniów prowadzi swoje własne projekty, choć może niewielu pierwszorocznych - wyjaśniła. - Mamy jednak niepisaną zasadę, że nieproszeni nie wtykamy nosa w cudze badania. Póki, oczywiście, nie zaczynają wyglądać zbyt podejrzanie – zaznaczyła. – Ale to tylko stary tekst. Nikt nie zwróci uwagi.
- Przypomnij mi, dlaczego to nas uważają za tych niebezpiecznych? – Score pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Bo lubicie się z tym obnosić. – Rose wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się szeroko.
- Rose, tylko… bądź ostrożna – powiedział poważnie Al. – Podejrzewamy, że ktoś jej szuka.
- Kto? – Krukonka zmarszczyła brwi, odwracając wzrok od narożnego kryształu, któremu wcześniej zaczęła przyglądać się uważnie.
- Kilka osób z naszego Domu – odparł z wahaniem Score. – I nie wiemy, o co im tak naprawdę chodzi. Podejrzewamy jednak, że o nic dobrego.
- Oczywiście nie powiedzieliście nic McGonagall? – Popatrzyła na nich znacząco.
- Nie mamy żadnych dowodów – wytłumaczył się gorączkowo Al.
- No to chociaż rodzicom! – Rose nie ustępowała. - Przecież to może być niebezpieczne!
- Rose, mówisz, jakbyś nie wiedziała, jak działają – odparł zniecierpliwiony Albus. – Zaraz będziemy mieć na głowie całe Biuro Aurorów.
- I to takie złe?!
- Żartujesz?! – Al parsknął z niedowierzaniem. - Tata dostanie świra! Wiesz, jaki jest! Wszystko jest w porządku, dopóki nie wydaje mu się, że któreś z nas jest w niebezpieczeństwie. Poza tym, nasza rodzina naprawdę nie potrzebuje kolejnego argumentu wspierającego ich pogląd, że Slytherin jest siedliskiem wszelkiego zła. A z czymś takim… Nawet tata może zmienić zdanie – spuścił wzrok.
Rose przygryzła niepewnie wargę, ale ostatecznie pokiwała głową ze zrozumieniem. Po trudniejszych pierwszych tygodniach, Al pokochał Slytherin tak samo jak ona Ravenclaw. Kiedy już minęło mu nieco poczucie winy, że większość rodziny nie aprobuje Domu, do którego został wybrany, przyznał się Rose, iż tak naprawdę nigdy nie widział siebie w Gryffindorze. Zbyt wiele hałasu i brawury, podczas gdy on tak naprawdę cenił sobie spokój. Wprawdzie nie przesiąkł jeszcze całkowicie tym dystyngowanym chłodem charakterystycznym dla większości Ślizognów, lecz ich opanowanie pasowało do niego znacznie lepiej niż żywiołowość Gryfonów. Już za późno, by próbował odnaleźć się gdzie indziej, bo Slytherin ostatecznie w pełni stał się jego Domem.
- No dobrze – powiedziała, błądząc wzrokiem po komnacie. – Póki co, poradzimy sobie sami. W końcu nie jesteśmy gorsi od naszych rodziców, nie, Al? – dodała, puszczając do niego oko.
- Hm… Malfoy, Weasley i Potter. Nowa Wielka Trójka Hogwartu. Brzmi nieźle. – Albus pokiwał głową z uznaniem. – Co ty na to, Score?
- Będziemy legendą tej szkoły. Zresztą, od początku to wiedziałem. – Wzruszył ramionami.
- Akurat.
- A niby dlaczego się z tobą zaprzyjaźniłem?
- Żeby poznać mojego tatę…
- Hm. W sumie masz rację.
- Hej! – Albus udał oburzenie i trącił Scorpiusa łokciem w ramię, na co tamten odpowiedział mu tym samym, przez co już po chwili zaczęli się przepychać po całej komnacie.
Rose wywróciła oczami i westchnęła ciężko, splatając ręce na piersi, po czym wróciła do uważnego badania kryształu.
Może to przez kąt, pod jakim patrzyła, a może udzielił jej się dobry humor chłopców, lecz w tym momencie Krukonka mogłaby przysiąc, że zaklęta kobieta uśmiechała się lekko.

* * *


„Rzeczniczka Kancelarii Ministra, Cornelia Seagann, zaznacza, iż póki co, incydent związany z sidh Bri Leith uważany jest za odosobniony przypadek i nie ma podstaw, by łączyć go z atakiem na Newgrange [wciąż przypisywanym ruchom związanym z dawnymi Śmierciożercami – przyp. red.]. Zapewnia też, iż brytyjskie Biuro Aurorów w razie potrzeby z chęcią pomoże swoim irlandzkim kolegom, lecz na razie sprawa ta jest uważana za zwykłe działanie wandali.”

Cornelia Seagann, rzeczniczka Kancelarii Ministra.
Człowiek Shacklebolta. Musiał się w to wkopać osobiście, pomyślał mimowolnie Ron, po czym skrzywił się z niesmakiem, zmiął gazetę i rzucił ją na kolorowy dywan w pokoju gościnnym George’a i Angeliny. Pomyśleć, że kiedyś Ministerstwo wydawało mu się wspólnym organizmem (no, chyba że akurat opanowali je ludzie Voldemorta), funkcjonującym bez podziałów na wyraźniejsze frakcje oraz fronty. Dopiero, gdy Hermiona zaczęła swoją wspinaczkę po szczeblach kariery, zrozumiał, jak bardzo był naiwny. Ludzie Ministra, ludzie Ministerstwa, miał pewność, iż gdzieś tam tworzą się… albo nawet już istnieją ludzie Granger. Nie potrafił jednak ogarnąć umysłem całego tego, ciągle zmieniającego się mniej lub bardziej, układu sił, choć przez pewien czas naprawdę próbował. Nazwiska, funkcje, frakcje, twarze, wszystko mu się mieszało i przez pierwsze lata nie chodził na żadne z przyjęć Hermiony, bo był zbyt przerażony, że zacznie rozmawiać z kimś nieodpowiednim na temat, którego nie powinien poruszać, przez co zniszczy żonie karierę. Dopiero z czasem znienawidził wszystko, co związane z jej pracą i ostatecznie postanowił, iż jego noga nigdy nie postanie na żadnym balu, koktajlu, czy nawet koleżeńskim wyjściu do pubu. 
- Nie wiem, ile razy mam powtarzać, ale to, że jesteś bratem mojego męża, nie znaczy, że będę po tobie sprzątać. – Oczywiście. Angelina, gdy tylko weszła do pokoju, od razu zauważyła leżącą na podłodze zmiętą gazetę, i teraz stała w progu z rękami splecionymi na piersi oraz spojrzeniem pełnym pogardy. Ron zacisnął zęby i, wbijając w kobietę jadowity wzrok, szybkim ruchem podniósł Proroka, po czym rzucił na niski stolik kawowy o przeszklonym blacie.
Angelina prychnęła i wywróciła oczami. Ron naprawdę nie rozumiał, jak George z nią wytrzymywał. Z przebojowej, wysportowanej dziewczyny, zmieniła się w apodyktyczną jędzę, która po dwóch ciążach nigdy nie pozbyła się dodatkowych kilogramów.
- Co cię tak zdenerwowało? – spytała, opierając się o framugę. – Bo pewnie nie ogłoszenia o pracę? – dodała z przekąsem.
- Odwal się – warknął. Pech chciał, że oczywiście akurat do pokoju musiał wejść George, który obrzucił Rona surowym spojrzeniem.
- Hej! Nie odzywaj się tak do mojej żony – ostrzegł, obejmując Angelinę w pasie i całując ją w policzek. – Kochanie, ciebie też prosiłem… - dodał zmęczonym głosem.
- Ale George…! – zaczęła, lecz widząc jego błagalny wzrok, jedynie westchnęła ciężko.
- Porozmawiamy później, Angie? – dodał, wciąż tym samym, proszącym tonem, od którego Ronowi robiło się niedobrze. – Padam z nóg.
Angelina kiwnęła głową, pocałowała męża, po czym wyszła z pokoju rzucając Ronowi ostatnie wściekłe spojrzenie. George usiadł ciężko w jednym z wygodnych, obszernych foteli obitych ciemnożółtą tkaniną.
- Udało ci się porozmawiać z Hermioną? – spytał splatając ręce za głową. – Wiesz, mimo tego, co czasem mówi Angelina, nie mam zamiaru cię wyrzucać, jednak też chcielibyśmy wiedzieć, na czym stoimy.
- Odkąd postanowiła, że się rozwodzimy, nie może znaleźć dla mnie czasu – parsknął Ron. – Najwyraźniej to jej odpowiada. Może wreszcie zająć się karierą, bez męża plączącego się pod nogami – dodał gorzko.
- Na pewno przesadzasz – skrzywił się George. – Pewnie ma sporo pracy w związku z tym atakiem w Irlandii.
- Irlandczycy mają dużo pracy – sprostował Ron, przerzucając Proroka bliżej w stronę brata. – Nasz Minister wyraźnie nie chce mieć z tym nic wspólnego. Umywa ręce. Ciekawe, czy Hermiona nauczyła się tego od niego, czy na odwrót.
- Kiedyś będzie musiała z tobą porozmawiać – odparł pocieszająco George, co tylko rozsierdziło Rona.
- Oczywiście, że będzie musiała – odwarknął, zrywając się z fotela. – Jeśli wydaje się jej, że może po prostu się odciąć, zapomnieć i zacząć sobie radośnie nowe życie, to grubo się myli! Nie potrafi znaleźć dla mnie czasu? Nie chce zwracać na mnie uwagi? To ją do tego zmuszę! – wrzasnął i trzaskając drzwiami, niemal wybiegł z mieszkania George’a i Angeliny.
Chłodne jesienne powietrze nie ostudziło jego gniewu. Nie miał zamiaru ułatwiać Hermionie tego rozwodu, o nie. Może jeszcze powinien usunąć się potulnie na bok i patrzeć, jak spokojnie realizuje tę swoją wielką karierę? Karierę, którą wybrała kosztem niego? Niedoczekanie. Ron nie lubił, gdy ktoś go ignorował. W czym niby Hermiona była lepsza od niego? Bo jakimś cudem dostała się na wysoki stołek w Ministerstwie?
Ron parsknął mimowolnie, ignorując ludzi, którzy obejrzeli się za nim, skonsternowani.
Nie pozwoli się tak traktować. Już on się postara, żeby Hermiona zrozumiała swój błąd, w końcu przyjdzie błagać, by do niej wrócił, a wtedy może… może! łaskawie przyjmie ją z powrotem
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Grzechy ojców

Rozdział 1: Trudne początki
Rozdział 2: Cienie
Rozdział 3: Panta rhei
Rozdział 4: Rozstaje
Rozdział 5: U źródeł
Rozdział 6: Impares nascimur
Rozdział 7: Pod znakiem Smoka

Przyjaciele

Arkana smutku i Esencja StrachuStrefaDecidePani OgniaJa, MugolPanaceaTalking about

Wystrój

Tylko dla Miraluki i "Grzechów ojców" - Wielka Trójca i ona.